Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Zobacz poprzedni temat Wersja gotowa do druku Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości Zobacz następny temat
Autor Wiadomość
RaulOffline
Temat postu: Ciekawostki historyczne  PostWysłany: 10-11-2010 - 19:06
Admin Forum
Admin Forum


Dołączył/a: 05-01-2002



Status: Offline
Wiadomo ogólnie kiedy odbyła się pierwsza walka powietrzna a dziś o innym
pierwszym razie- pierwszej walce samolotów o zmennej geometrii skrzdeł.

F-14 kontra Su-22
Incydent nad Wielka Syrtą

Przejęcie władzy w Libii we wrześniu 1969 przez pułkownika Muammara
Kadafiego doprowadziło w krótkim czasie do radykalnego pogorszenia relacji z
Zachodem, a szczególnie ze Stanami Zjednoczonymi. Głoszone przez Kadafiego
idee islamskiego socjalizmu wymieszane z arabskim nacjonalizmem, zbliżenie
ze Związkiem Sowieckim, a przede wszystkim wspieranie i finansowanie
rozmaitych ugrupowań terrorystycznych, wywołały duże zaniepokojenie w
Waszyngtonie. Jednak dopiero Ronald Reagan, po objęciu w styczniu1981 roku
urzędu prezydenta USA, okazał się na tyle zdecydowanym i twardym politykiem,
by bezpośrednio przeciwstawić się poczynaniom libijskiego przywódcy.

Okazją do zademonstrowania Kadafiemu nowej polityki wobec Libii okazały się
coroczne manewry amerykańskiej VI Floty na Morzu Śródziemnym. Tradycyjnie
miały się one odbyć na wodach zatoki Wielka Syrta. Tym razem jednak
prawdopodobieństwo jakiegoś incydentu było znacznie większe niż we
wcześniejszych latach. W 1979 roku Kadafi jednostronnie i wbrew prawu
międzynarodowemu ogłosił poszerzenie libijskich wód terytorialnych, a prede
wszystkim uznał całą Wielką Syrtę (także przestrzeń powietrzna nad nią) z a
obszar Libii. Amerykanie nigdy nie zaakceptowali tej deklaracji, nadal
uważając zatopkę za wody międzynarodowe, wolne dla żeglugi. W dodatku
prezydent Reagan był gotowy siłą udowodnić swoje racje uzurpatorom.
W sierpniu 1981 roku na wody Wielkiej Syrty wpłynęły dwa zespoły uderzeniowe
US Navy, zgrupowane wokół lotniskowcw VI Floty- USS Forrestal (CV-59) i
atomowego USS Nimitz (CVN-6Cool. Na pokładzie Nimitza bazowało skrzydło
lotnicze CVW-8, w którego skład wchodziły m.in. dwa dywizjony myśliwców F-14
Tomcat - VF-41 Black Aces i VF-84 Jolly Rogers.W trakcie dwudniowych ćwiczeń
zamierzano m. In wykonać ostre strzelanie pociskami rakietowymi do celów
pozorowanych. Politycznym, propagandowym celem manewrów było pokazanie
opinii publicznej,że Wielka Syrta to wody międzynarodowe i USA nie
zrezygnują z obecności w tym rejonie.
Już pierwszego dnia ćwiczeń, 18 sierpnia, libijskie lotnictwo rozpoczęło
demonstracyjne przeloty w rejonie prowadzonych przez VI Flotę ćwiczeń,
ewidentnie obliczone na sprowokowanie amerykańskiej reakcji. Pary libijskich
samolotów MiG-23, MiG-25, Su-22 i Mirage F.1 usiłowały przedostać się w
pobliże amerykańskich okrętów. Kążdorazowo były one przechwytywane w
bezpiecznej odległości od lotniskowców i odpędzane przez pełniące dyżury w
powietrzu Phantomy II z Forrestala i Tomcaty z Nimitza. Libijscy piloci na
ogół nie wdawali się w zasadne" pojedynki" i po interwencjach amerykańskich
myśliwców szybko rezygnowali z prób przedarcia się nad lotniskowce. Choć w
kilu sytuacjach usiłowali wymanewrować amerykańskie samoloty i "wejść im na
ogon". W sumie w ciągu całego dnia zanotowano 35 tego typu zdarzeń.
Następnego dnia około godziny 7.00 rano czsu Zulu prowadzący dozór
powietrzny samolot wczesnego ostrzegania E-2C Hawkeye z dywizjonu VAW-124
zameldował o wykryciu dwóch libijskich samolotów które wystartowały z
lotniska Ghurdabiya-Sirte i kierowały się na północny wschód. Na ich
przechwycenie skierowana została dyżurna para Tomcatów z VF-41, która
wystartowała z Nimitza o 6.00.Prowadzacym był sam dowódca VF-41, Cdr Henry
M. "Hank" Kleeman, a jego RIO Lt David J. Venlet. Lecieli oni Tomcatem nr
naktyczny 102 (kryptonim "Fast Eagle 102"), nr seryjny BuNo160403.
Załogę drugiego Tomcata-nr 107 ("Fast Eagle 107") BuNo 160390- stanowił
pilot Lt Larry M. " Music" Muczynski i RIO Lt Jim "Amos" Anderson.
Amerykanie lecieli w luźnym ugrupowaniu "schody w prawo" (tzw "combat
spread"), w odległości ok. 3000m od siebie ."Fast Eagle 102" znajdował się
na pułapie 6100m (20 tys. stóp), a "107" około 1800m powyżej i 3700m z tyłu
za prowadzącym. Na niemal tym samym pułapie, ale znacznie bliżej siebie,
nadlatywały z południowego wschodu libiskie maszyny. Jak się później okazało
były to Su-22m czyli eksportowa wersja sowieckich Su-17M3. Amerykanie
dostrzegli przeciwnika (początkowo błędnie zidentyfikowanego jako MiG -23
Flogger) na ekranach wskaźników informacji taktycznej w odległości 20 mil
(37 km), nieco na lewo od swojej obecnej pozycji. Przez kolejne
kilkadziesiąt sekund obie formacje zbliżały się szybko do siebie. "Hank"
Kleeman co kilka sekund przekazywał przez radio do oficera naprowadzania w
CIC na lotniskowcu kolejne komunikaty: 16mil... 14mil... 10
mil..8mil...6mil... Para Su-22 była już w zasięgu wzroku. Wszystko
wskazywało na powtórkę rutynowego "przeganiania" intruzów, znanego z
poprzedniego dnia.
Kleeman rozpoczął skręt w lewo, aby nie starcić z oczu mijanych
przeciwników. W tym momencie pozorny spokój prysł jak bańka mydlana.
Znajdując się w odległości zaledwie ok. 300m prowadzacy libijskiej pary
odpalił nagle pocisk rakietowy R-13 (w kodzie NATO AA-2 Atoll), ale ten
okazal się niecelny. Na kursie spotkaniowym i z tak niewielkiej odległości
strzelanie rakietami naprowadzanymi na podczerwień nie miało wielkiego
sensu-prawdopodobieństwo "złapania celu" przez głowicę rakiety było
praktycznie zerowe. No chyba, że była to zamierzona prowokacja... Amoże
libiskiemu pilotowi po prostu "puściły nerwy"... W każdym razie Amerykanie
uznali zaistniałą sytuację za bezpośredni atak, na który - zgodnie z
procedurami US Navy- mieli pełne prawo odpowiedzieć ogniem.
W tym momencie obie pary samolotów minęły się na dużej prędkości. "Fast
Eagle 107" zdążył jeszcze zameldować przez radio o ostrzelaniu przez
przeciwnika swego prowadzącego i zamilkł. Kilka sekund później Kleeman
potwierdził otwarcie ognia przez przeciwnika i ... także zamilkł. Tymczasem
prowadzący libijskiej pary rozpoczął ostry zwrot w lewo, jakby chciał wyjść
na ogon tekże skręcającej maszyny Kleemana. Natomiast drugi Su-22 skręcił w
prawo w stronę słońca. Kleeman zacieśnił swój zakręt, dzięki czemu już po
chwili dość niespodziewanie znalazł się w dogodnej pozycji do ataku na
bocznego libijskiej pary - około 1400 m z tyłu po prawej stronie. Nie
zwlekając Kleeman uchwycił przeciwnika w celownik i - zanim libijski samolot
"zniknął" na tle tarczy słońca - odpalił pocisk rakietowy AIM-9L Sidewinder.
Chwile później Su-22 został trafiony i w płomieniach spadł do morza.
Libijski pilot zdołał się katapultować ale tego Amerykanie już nie
zauważyli.
Nieco wcześniej Muczynski zwiększył prędkość swego Tomcata i także rozpoczął
zakręt w lewo w stronę bocznego libijskiej pary. Upływały pełne napięcia
sekundy, podczas których zajęci walką "Fast Eagle 102" i "107" nie odzywali
się, a oficer naprowadzania na Nimitzu nerwowo próbował rozpoznać sytuację
wywołując przez radio inne obecne w powietrzu samoloty. Wreszcie po 45
sekundach Fast Eagle 102 zgłosił zestrzelenie jednego z przeciwników. Widząc
co się stało Muczynski jeszcze bardziej zacieśnił skret, aby po zatoczeniu
pełnego koła zwiększyć prędkość i dopaść prowadzacego libijskiej pary.
Osamotniony Su-22 nie podjął walki i obniżając wysokość zmierzał już w
stronę wybrzeża Libii, oddalając się tym samym od maszyny Kleemana. Pół
minuty później Muczynski zbliżył się do uciekającego Su-22 na mniej niż
kilometr i - po uzyskaniu zezwolenia od swojego dowódcy- odpalił
Sidewindera. Pocisk trafił bezbłędnie w dyszę wylotowa silnika libijskiej
maszyny, a eksplozja rozerwała ja na kawałki. Muczynski z największym trudem
gwałtownym manewrem wyminął rozrzucona wybuchem chmarę szczątków. W ten
sposób także drugi Su-22 zakończył swój lot w wodach zatoki. I tym razem
libijski pilot zdołal uratować się na spadochronie.
Oba zwycięskie Tomcaty bezpiecznie powróciły na" Nimitza", potwierdzając
przez radio oficerowi CIC rezultat walki. Do końca dnia dyżurne pary
myśliwców US Navy jeszcze kilkakrotnie przechwytywały i "odganiały"
libijskie samoloty, głównie szybkie MiG-25, ale do kolejnych "ostrych" starć
już nie doszło.
Potyczka z libijskimi Su-22 w dniu 19 sierpnia 1981 roku była prawdziwym
chrztem bojowym samolotu F-14 Tomcat (jeśli nie liczyć ich skromnego udziału
w końcowej fazie wojny w Wietnamie, podczas której nie doszło do spotkań z
samolotami przeciwnika), a zrazem pierwsza w historii walką powietrzna
stoczoną przez samoloty o zmiennej geometrii skrzydeł.
 
 Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email  
Odpowiedz z cytatem Powrót do góry
RaulOffline
Temat postu: Ciekawostki historyczne  PostWysłany: 23-11-2010 - 23:38
Admin Forum
Admin Forum


Dołączył/a: 05-01-2002



Status: Offline
Niemcy w Wojsku Polskim
We wrześniu i październiku 1939 roku w Wojsku Polskim służyło ok. 8 tys.
Niemców. 137 z nich zginęło, m.in. w walkach z oddziałami Wehrmachtu.
Rozmowa z prof. dr. hab. Waldemarem Rezmerem z Uniwersytetu Mikołaja
Kopernika w Toruniu, specjalistą od historii wojskowości
17 września 1939 r. w Puszczy Kampinoskiej pod wsią Polesie Stare w walce
między niemieckim 12. Pułkiem Piechoty a polską kawalerią zginął oficer
Ernest Müller. Müller nie służył jednak w niemieckiej armii, tylko był
porucznikiem rezerwy 6. Pułku Ułanów Kaniowskich Podolskiej Brygady
Kawalerii. Ilu Niemców służyło w naszej armii podczas kampanii wrześniowej?

- Według spisu powszechnego z grudnia 1931 roku w Polsce mieszkało 741 tys.
Niemców, którzy stanowili 2 proc. ludności kraju. Tak jak wszyscy obywatele
Rzeczypospolitej podlegali oni powszechnemu obowiązkowi służby wojskowej. We
wrześniu 1939 roku teoretycznie powinno służyć w Wojsku Polskim od 12,3 tys.
do 12,9 tys. osób narodowości niemieckiej, w praktyce było to ok. 8 tys. Ale
to tylko wyliczenia szacunkowe, bo nie wiemy, ilu zostało zmobilizowanych
wszystkich żołnierzy WP, nawet bez podziału na narodowości: Polaków,
Ukraińców, Białorusinów, Żydów czy Niemców. Plan mobilizacyjny z maja 1939
roku przewidywał powołanie 1,5 mln ludzi, z tego na froncie miało walczyć 1
milion 50 tysięcy osób. Ale na skutek bardzo szybkiego i niekorzystnego dla
strony polskiej przebiegu kampanii mobilizacja powszechna nie została
ukończona. Przyjmuje się, że zmobilizowano od 850 do 900 tys. mężczyzn.
Niemcy bardzo szybko wkroczyli na Pomorze, do Wielkopolski, na Śląsk, gdzie
ludności narodowości niemieckiej było najwięcej. Kilka dni po 1 września nie
można było prowadzić tam czynności mobilizacyjnych, bo był tam już
Wehrmacht. Na początku naszej rozmowy zacznijmy jednak od terminologii.
Prosiłbym, żeby nie używał pan terminu "kampania wrześniowa".

Dlaczego?

- Posługując się nim, ulegamy propagandzie goebbelsowskiej, która wymyśliła
termin "Feldzug September". Jeśli mówimy "kampania wrześniowa", to godzimy
się na to, że wszystko skończyło się we wrześniu 1939 roku.

...a skończyło się w październiku.

- Właśnie! Faktem jest, że określenie "kampania wrześniowa" jest najbardziej
popularne i najmocniej zakorzenione. Jednak używając tego terminu, stawiamy
pod znakiem zapytania sens śmierci prawie 450 żołnierzy, którzy zginęli w
bitwach pod Wytycznem i pod Kockiem w pierwszych dniach października 1939
roku. Jeszcze w październiku z siłami Wehrmachtu i Armii Czerwonej walczyło
nadal ponad 30 oddziałów.

Jak więc powinniśmy określać to, co działo się we wrześniu i październiku
1939 roku?

- Zgodnie z zasadą, która głosi, że wojna składa się z kampanii, proponuję
używać terminu "kampania polska 1939 roku". Mieliśmy przecież kampanię
francuską, norweską i włoską. Mówiąc kampania polska, uwzględniamy całość
wydarzeń militarnych, które miały miejsce na obszarze Rzeczypospolitej we
wrześniu i październiku: agresję Niemców i ich sojuszników Słowaków 1
września oraz napaść Armii Czerwonej 17 września.

W literaturze można znaleźć sporo przykładów Niemców, którzy nie chcieli
zdjąć polskiego munduru. Juliusz Pollack w książce "Jeńcy polscy w
hitlerowskiej niewoli" pisze o poruczniku Gerhardzie Büllowie, który
przebywając w oflagu Woldenberg nie chciał rozmawiać po niemiecku. Gdy
przyjechali jego kuzyni, pułkownicy Wehrmachtu, musieli mieć tłumacza.
Büllow nie zgodził się na zwolnienie z obozu, twierdząc, że jest polskim
oficerem. Wielu żołnierzy odmówiło podpisania volkslisty. Urodzony w Wiedniu
major Józef Trenkwald, zastępca dowódcy 9. Pułku Strzelców Konnych, do
wyzwolenia pozostał przez to w niewoli.

- Faktycznie, porucznik Büllow ukończył w 1931 roku Szkołę Podchorążych
Rezerwy Kawalerii w Grudziądzu. Przydzielono go do 17. Pułku Ułanów w
Lesznie, zresztą podobnie jak jego starszego brata Konstantego, absolwenta
szkoły grudziądzkiej z 1930 roku. Po zmobilizowaniu Gerhard objął dowództwo
I plutonu 3. Szwadronu Pionierów Wielkopolskiej Brygady Kawalerii, brał
udział w bitwie nad Bzurą.

Podobnych przykładów można podać więcej, nawet jeszcze głośniejszych.
Kontradmirał Józef Unrug, dowódca polskiej Floty i Obrony Wybrzeża w 1939
roku, urodził się w Brandenburgu jako syn generała majora gwardii pruskiej i
saskiej hrabianki Isadory von Bünau. W czasie I wojny światowej był oficerem
floty niemieckiej, dowódcą okrętu podwodnego, komendantem szkoły podwodnego
pływania i dowódcą flotylli okrętów podwodnych. Od 1919 roku służył w Wojsku
Polskim. W 1939 roku, podczas rozmów dotyczących kapitulacji Helu, Unrug
rozmawiał z przedstawicielami niemieckimi tylko po polsku, korzystając z
tłumacza. Dziwili się: "Jak to? Oficer Kaiserliche Marine nie zna
niemieckiego?". Odpowiadał: "Jestem Polakiem i oficerem polskim". Po
kapitulacji Helu 2 października 1939 roku trafił do niemieckiej niewoli.
Więzili go w kilku oflagach aż do 1945 roku. Unrug wszędzie z władzami
obozowymi rozmawiał tylko po polsku albo angielsku, za pośrednictwem
tłumaczy, nigdy nie podawał im ręki. Na pytanie, dlaczego nie mówi po
niemiecku, odpowiadał, że zapomniał tego języka 1 września 1939 r. Rodzina
próbowała go namówić, żeby zadeklarował, że jest Niemcem i podjął służbę w
Kriegsmarine, ale on konsekwentnie odmawiał. W sierpniu 1940 roku za
niesubordynację trafił do karnego oflagu w Colditz. Po wyzwoleniu znalazł
się w Anglii, został I zastępcą szefa Kierownictwa Marynarki Wojennej.

Są jakieś dane, ilu Niemców zginęło w 1939 roku w polskim mundurze?

- Hitlerowska Centrala Grobów, którą utworzono w Poznaniu jesienią 1939
roku, wyliczyła, że z kampanii polskiej do domów nie powróciło 1057 Niemców
- żołnierzy Wojska Polskiego. 137 z nich poniosło śmierć, a 920 uznano za
zaginionych. Wielu Niemców, którzy polegli w bojach z oddziałami Wehrmachtu,
spoczywa na cmentarzach wraz ze swoimi polskimi kolegami, np. Karl Fischer z
Rakoniewic, który zginął nad Bzurą, leży na cmentarzu w Bednarach, Alfons
Kümmel z Szopienic na cmentarzu w Zamościu. Porucznik rezerwy Albert Breyer
zginął w oblężonej Warszawie, por. rez. dr Franz Bürger z Grudziądza zmarł
od ran w szpitalu w Radomiu, por. rez. lekarz dentysta Maximilian Aleksander
Ernst ze Zgierza zmarł w szpitalu w Zamościu, por. rez. Rudolf Fischer z 61.
Pułku Piechoty z Bydgoszczy zmarł w wyniku ran w szpitalu w Sochaczewie, a
por. lek. Johannes Zenker z Grudziądza zginął podczas nalotu Luftwaffe pod
Łowiczem.

Większość zaginionych Niemców, polskich żołnierzy, trafiła do sowieckiej
niewoli lub została internowana na Litwie, w Rumunii, na Węgrzech.

Związek Sowiecki był sojusznikiem III Rzeszy. Jak byli tam traktowani Niemcy
w polskich mundurach?

- Z raportu majora Piotra Soprunienki, szefa Zarządu NKWD do spraw Jeńców
Wojennych, wynika, że w połowie października 1939 r. w sześciu sowieckich
obozach przetrzymywano 417 Niemców - byłych żołnierzy Wojska Polskiego. W
rzeczywistości było ich więcej, bo zestawienie nie objęło tych, którzy
znajdowali się w tym czasie w punktach odbiorczych. Od 23 października
Rosjanie zaczęli ich przekazywać władzom niemieckim. Ale nie wszystkich, np.
Jan Barts, Erwin Keppe i Wolfgang Janus przebywali w obozie NKWD w
Spasozawodsku jeszcze w 1943 r.

Wielu Niemców z Wojska Polskiego trafiło do niemieckiej niewoli.

- Szybko byli zwalniani i z zachowaniem stopni wojskowych wcielani do
Wehrmachtu. Ppor. Adolf Erwin Heilmann, nauczyciel z Osieka Wielkiego, jako
żołnierz 1. kompanii 59. Pułku Piechoty w Inowrocławiu bronił Bydgoszczy i
walczył nad Bzurą. Do niewoli trafił 25 września, ale już cztery dni później
został zwolniony, bo udowodnił, że jest Niemcem. Właściciel majątku Dąbrówka
pod Grudziądzem Kurt Erik Temme wrócił z niewoli 19 listopada 1939 r. Zginął
w 1944 r. w stopniu majora Wehrmachtu w walkach na terenie Holandii. Ernst
Mielke ze wsi Lipa Druga koło Wyrzyska odbył całą kampanię jako ułan 16.
Pułku Ułanów Wielkopolskich. Do niewoli dostał się 22 września pod Warszawą,
po rozbiciu resztek Zbiorczego Pułku Pomorskiej Brygady Kawalerii przez
Luftwaffe.

Większość polskich Niemców w 1939 roku opowiedziała się jednak po stronie
III Rzeszy. Powszechne było raczej unikanie poboru. Latem 1939 roku wzywały
do tego niemieckie organizacje.

- Rzeczywiście, apele Jungdeutsche Partei, Volksbundu, Gewerkschaft Deutsche
Arbeiter in Polen czy Organizacji Zagranicznej NSDAP spotkały się z dużym
odzewem. Do 16 sierpnia 1939 roku rozpoczęto procedurę pozbawienia
obywatelstwa polskiego w odniesieniu do 6,4 tys. osób uchylających się od
służby w Wojsku Polskim. Chociaż w grupie tej zdecydowanie przeważali
Niemcy, wśród unikających poboru byli także Polacy i inne narodowości. Tylko
w Wielkopolsce w ciągu jednego tygodnia, od 20 do 26 sierpnia, sporządzono
572 wnioski w sprawie pozbawienia obywatelstwa polskiego Niemców, którzy
zbiegli do Rzeszy. Aby zniechęcić do ucieczek, Ministerstwo Spraw
Wewnętrznych ustanowiło 26 lipca 1939 roku przymusowy zarząd nad majątkiem
opuszczonym przez uciekinierów i polecało dokonanie jak najszybszych
licytacji. Władze polskie, nie mogąc doręczyć kart mobilizacyjnych
ukrywającym się, ogłaszały o ich powołaniu w obwieszczeniach. Tylko od 29
lipca do 26 sierpnia 1939 roku w "Poznańskim Dzienniku Wojewódzkim"
zamieszczono 290 tego rodzaju obwieszczeń dotyczących niekiedy kilku osób
naraz. Chodziło głównie o Niemców, ale niekiedy propagandzie szerzonej przez
organizacje mniejszościowe dawali się nabierać także i Polacy, szczególnie
bezrobotni. Spodziewali się, że po nielegalnym przekroczeniu granicy znajdą
pracę w III Rzeszy.

Trzeba jednak uczciwie powiedzieć, że w całym okresie międzywojennym Niemcy
należeli do tych, którzy najmniej dezerterowali i rzadko uchylali się od
służby w Wojsku Polskim. Wśród Polaków też zdarzały się dezercje. Na
przykład w 1927 roku do poboru zgłosiło się proporcjonalnie nawet więcej
powołanych Niemców - 91,5 proc. - niż Polaków, których stawiło się 87 proc.

Z czego to wynikało?

- Niektórzy twierdzą, że z wpojonego im od dziecka poczucia obowiązku i
dyscypliny, inni tłumaczą, że były ciche instrukcje organizacji niemieckich,
aby nie uchylali się od służby i pobyt w polskim wojsku wykorzystali do
zdobycia kwalifikacji żołnierskich. Proszę pamiętać, że do 1935 roku w
Niemczech na mocy kończącego I wojnę światową traktatu wersalskiego nie było
obowiązkowej służby wojskowej. Niemcy za pieniądze polskiego podatnika
zdobywali więc kwalifikacje żołnierskie. Ponadto zainteresowany ich
obecnością w naszej armii był także niemiecki wywiad, dla którego było to
bardzo wiarygodne i sprawnie działające źródło informacji. Wielu polskich
Niemców, którzy latem 1939 roku nie zgłosili się do jednostek lub
zdezerterowali, podczas kampanii zostało wykorzystanych jako przewodnicy,
instruktorzy i doradcy w niemieckich dowództwach na poszczególnych odcinkach
frontu. Znali miejscowe realia, więc służyli wskazówkami, jak działać na
naszym terenie. To właśnie oni byli w grupie dywersyjnej, która sfingowała
polski napad na niemiecką radiostację w Gliwicach.

Nasz kontrwywiad musiał mieć oko na Niemców w wojsku.

- Jak było z lojalnością polskich Niemców, pokazują raporty Samodzielnych
Referatów Informacyjnych przy Dowództwach Okręgów Korpusu, w których można
było przeczytać: "Niemcy. Narodowo uświadomieni. Okazują zrozumienie służby
wojskowej. Zamknięci w sobie. Jako kolegów dobierają sobie przeważnie
Niemców. W języku polskim na ogół słabi. (...) Obowiązkowością i karnością
mogą służyć za wzór innym, należy jednak wątpić w szczerość ich intencji, ze
względu że zalety te im są wrodzone". Podkreślano, że z jednej strony
wykazują się bardzo dobrymi walorami żołnierskimi: zdyscyplinowaniem, chęcią
zdobywania jak największych kwalifikacji żołnierskich, ale nie ma mowy o ich
polonizacji. Trudno było nawet uzyskać to, co udawało się z Ukraińcami i
Białorusinami - neutralizować antypolskie przekonania, z którymi bardzo
wielu przychodziło do wojska. Niemcy, gdy trafili do jednostki, trzymali się
razem. Czuli rozdarcie duszy: z jednej strony starali się być dobrymi
żołnierzami, z drugiej chcieli być lojalni wobec swojego niemieckiego narodu
i państwa.
1 września 1939 roku Niemcy służący w Wojsku Polskim stanęli przed
dylematem, do kogo strzelać: do swoich rodaków po drugiej stronie frontu czy
do kolegów i dowódców z oddziału.

- Pomimo intensywnej propagandy większość polskich Niemców wypełniła swój
obywatelski obowiązek. Można przyjąć bez popełnienia większego błędu, że tak
postąpiło dwie trzecie tych, którzy otrzymali powołanie do wojska. Zdrada,
dezercja, przejście z bronią w ręku na stronę przeciwnika, niesubordynacja
czy prowadzenie defetystycznej propagandy oczywiście występowały, ale nie
miały charakteru masowego.

29 września zbuntowała się 13. kompania przeciwdesantowa rozmieszczona na
cyplu helskim od strony pełnego morza. Marynarze chcieli dojść do portu
handlowego Hel, zająć kilka kutrów rybackich i przepłynąć na drugi brzeg
Zatoki Puckiej, obsadzony już przez wojska niemieckie. Bunt udało się
stłumić przy pomocy ściągniętych odwodów. Następnego dnia bunt ogarnął 12.
kompanię przeciwdesantową. Połowa żołnierzy porzuciła swoje stanowiska koło
Jastarni i koło wsi Bór wywiesiła białe flagi. Potem pomaszerowała do
Jastarni, skąd kutrami i łodziami rybackimi zamierzała przeprawić się do
Rewy. Nie udało im się, bo Dowództwo Floty ściągnęło ze stanowisk część 11.
kompanii Korpusu Ochrony Pogranicza i wysłało w kierunku Jastarni, by odciąć
drogę buntownikom. Niedługo potem pojawiła się wzmocniona kompania kadrowa
marynarki. KOP-iści i marynarze otoczyli niedoszłych dezerterów i zmusili do
poddana się.

Kim byli buntownicy?

- Kompanie, które zbuntowały się, zostały sformowane 2 września, kiedy
przysłano do dyspozycji dowódcy Rejonu Umocnionego Hel około 400
rezerwistów. Ich przyjęciem i podziałem miał się zająć mjr Jan Wiśniewski,
dowódca batalionu KOP "Hel". Według jego relacji "była to zbieranina,
przypuszczam nawet nie przeklasyfikowana przez P.K.U. [Powiatowe Komendy
Uzupełnień]. Wszystko starsze roczniki, żaden w W.P. nie służył, część
służyła w niemieckiej armii i niemieckiej marynarce. Podoficerów nie było;
jeżeli byli, to ze stopniami z dawnej niemieckiej armii czy marynarki, do
czego się nie przyznawali. Zameldowałem swoją obserwację, że nie są do
użycia. Odpowiedź: P.K.U. ich przysłało, musimy ich przyjąć. (...) Już po
kilku dniach okazało się, że to nie tylko element nie przeszkolony,
niechętny i niekarny, ale po prostu negatywnie (nawet wrogo) nastawiony do
naszych wysiłków, uważający, że im ta wojna nie jest potrzebna".

Niemcy praktycznie nie mieli szans na karierę w Wojsku Polskim. Według
zaleceń władz do szkół podchorążych przyjmowano tylko 5 proc.
przedstawicieli mniejszości narodowych. Niemcy, Ukraińcy, Białorusini i
Żydzi nie mogli także służyć m.in. w łączności, żandarmerii, marynarce
wojennej. Skąd wobec tego wzięli się oficerowie o niemieckich nazwiskach,
którzy walczyli po naszej stronie w 1939 roku?

- Nie spotkałem się z przypadkiem, żeby któryś z Niemców zrobił u nas
oszałamiającą karierę. Unrug, który był oficerem zawodowym kajzerowskiej
marynarki, należał do wyjątków. W II Rzeczypospolitej na skutek obostrzeń
Niemcy mogli ukończyć najwyżej szkoły podchorążych rezerwy. Np. w Grudziądzu
było Centrum Wyszkolenia Kawalerii i w niemieckich rodzinach
arystokratycznych z Pomorza i Wielkopolski było dobrze widziane, by kończyli
je młodzi mężczyźni. Po ukończeniu szkoły otrzymywali stopień podchorążego,
później było już tylko kwestią czasu, że awansują na podporucznika, czyli
stawali się oficerami Wojska Polskiego, ale rezerwy. Latem 1939 roku ich
także objęła powszechna mobilizacja.

Nasze Ministerstwo Spraw Wojskowych nie chciało, żeby Niemcy odbywali służbę
wojskową na Śląsku, w Wielkopolsce i na granicy z Prusami Wschodnimi, a
Ukraińcy i Białorusini służyli na Kresach Wschodnich, gdzie Polacy byli w
mniejszości. Dlatego w maju 1922 r. wprowadzono eksterytorialny system
przydziału poborowych.

- Władze obawiały się, że w przypadku wojny z zachodnim sąsiadem trudno
będzie liczyć na pełną lojalność żołnierzy narodowości niemieckiej. Aby
ograniczyć to niebezpieczeństwo, bardzo wielu z nich kierowano na wschód, do
odbycia obowiązkowej służby w oddziałach Korpusu Ochrony Pogranicza...

...który strzegł naszych wschodnich granic.

- Nie tylko z ZSRR, ale także z Litwą, Rumunią. Jak pan ogląda westerny, to
na początku lat 20. pogranicze polsko-sowieckie i polsko-litewskie
przypominało granicę Meksyku z Teksasem z końca XIX wieku. Ciągle toczyły
się tam walki, z jednej na drugą stronę przechodziły różne grupy dywersyjne
wspierane przez władze sowieckie i litewskie. KOP powstał w 1924 roku na
wniosek ministra spraw wojskowych gen. Władysław Sikorskiego i ministra
spraw wewnętrznych Zygmunta Hübnera, po kompromitujących zdarzeniach dla
państwa polskiego, kiedy to w sierpniu 1924 stuosobowa banda przeszła z
terenu ZSRR i opanowała miasto powiatowe Stołpce, atakując siedzibę
starostwa, plądrując sklepy i niszcząc posterunek policji. Inna banda we
wrześniu 1924 roku zatrzymała pociąg relacji Pińsk - Łuniec, wybatożyła i
pozbawiła ubrania wojewodę poleskiego, komendanta okręgowego Policji
Państwowej w Brześciu i obrabowała biskupa Zygmunta Łozińskiego, który
stracił krzyż.

Początkowo do KOP-u kierowano tylko i wyłącznie Polaków, piśmiennych i z
rodzin chłopskich, bo chłopi byli najmniej podatni na komunistyczną
propagandę. W 1926 roku władze rozluźniły rygory i zaczęły do Korpusu
kierować przedstawicieli mniejszości narodowych, głównie Niemców.

Dlaczego właśnie ich?

- O ile istniało niebezpieczeństwo, że Niemcy pełniący służbę w zachodnim
obszarze Polski mogą mieć problem z lojalnością wobec kraju, w którym
mieszkają, na wschodzie było łatwiej. Służbę w KOP-ie przedstawiano im nie
tylko jako służbę Polsce, ale także w interesie światowej walki z
komunizmem, a oni z racji dyscypliny i poczucia obowiązku jak najbardziej
się do tego nadawali. Polska i niemiecka propaganda stale mówiły o
bolszewickim zagrożeniu dla Europy. Niemcy, pilnując polskiej granicy
wschodniej, która była wtedy czymś w rodzaju dzisiejszej granicy
schengeńskiej, bronili nie tylko Polski, lecz także Europy i Rzeszy.

W myśl zarządzeń z 1938 roku w piechocie KOP-u mogło służyć 95 proc. Polaków
i 5 proc. Niemców, a w kawalerii, artylerii i saperach Niemcy mogli stanowić
12 proc. żołnierzy Korpusu.

- Co ciekawe, te same proporcje, które obowiązywały w poborze do wojska w
okresie pokoju, były stosowane również w razie mobilizacji. KOP liczył ok.
27 tys. ludzi, we wrześniu i październiku 1939 roku służyła w nim co
najmniej połowa z 8 tys. Niemców w Wojsku Polskim.

1 września wybucha wojna. Co się dzieje z formacjami KOP-u?

- Na bazie KOP-u mobilizowano nowe jednostki, które jeszcze w lecie 1939
roku wysyłano na zachód. Np. 1. Pułk Kawalerii KOP-u przydzielono do Armii
"Kraków", kompania saperów KOP "Hoszcza" pojechała na Pomorze, gdzie
wykonywała roboty fortyfikacyjne. Luki osobowe trzeba było jednak wypełnić,
dlatego zmobilizowano około 13 tys. rezerwistów. Mój ojciec był z Pomorza, w
sierpniu 1939 roku został powołany do KOP-u do batalionu "Krasne" i wysłany
na strażnicę koło Mołodeczna. Ocenia się, że 1 września w KOP-ie na
wschodzie było około 19 tys. żołnierzy, wśród nich kilka tysięcy Niemców.
Jak zachowywali się Niemcy w KOP-ie po sowieckiej agresji 17 września?

- Bardzo dobrze. Wtedy nikt nie znał tajnego porozumienia Hitler - Stalin,
żołnierze nie wiedzieli, dlaczego wkracza Armia Czerwona. Gdyby prześledzić
niemiecką i sowiecką prasę do jesieni 1938 roku, to przecież bolszewizm jest
dla hitleryzmu największym wrogiem, a w Rosji sowieckiej faszyzm jest
przedstawiany jako największe zagrożenie. Dla Niemców, którzy czytali
niemieckie gazety wychodzące także w Polsce, porozumienie na najwyższym
szczeblu między Berlinem a Moskwą było nie do pomyślenia. Oczywiście prasa
doniosła o pakcie o nieagresji, ale nie o współdziałaniu w rozbiorze Polski.
Kiedy więc wkroczyła Armia Czerwona, to dla Niemca, który był wcześniej
wychowywany, że powinien stawić opór zalewowi bolszewizmu, czerwonoarmista
był takim samym wrogiem jak dla żołnierza polskiego.

Zdarzały się przypadki dezercji Niemców z KOP-u?

- Gdyby nawet chcieli porzucić broń i iść do domu, to nie bardzo mieli jak i
gdzie. Wokół wrogo nastawiona ludność, od wschodu wkraczała Armia Czerwona.
Niemcy służący w KOP-ie pochodzili głównie z terenów Polski zachodniej, więc
na Kresach czuli się jak w obcym środowisku, zresztą byli tam nawet
postrzegani jako element obcy. Dla miejscowych, Białorusinów czy Ukraińców,
żołnierze, którzy mówią po niemiecku, to był okupant.

Co ciekawe, znalazłem w dokumentach polskiej dwójki [Oddział II Sztabu
Generalnego Wojska Polskiego, ówczesny wywiad wojskowy], że nawet Polacy
pochodzący z Pomorza i Wielkopolski w kontaktach ze swoimi kolegami Niemcami
służącymi w KOP-ie bardzo chętnie używali języka niemieckiego.

Dlaczego?

- Może młodzi ludzie chcieli się popisać, wyróżnić, że są lepsi, bo pochodzą
z bardziej rozwiniętych gospodarczo i cywilizacyjnie dzielnic. Formacje
KOP-u praktycznie do końca kampanii utrzymywały się jako zwarte oddziały.
Nie było sytuacji jak na Zachodzie, że podczas walk z Wehrmachtem atakowane
z powietrza przez Luftwaffe niektóre bataliony, pułki, a nawet dywizje
ulegały demoralizacji i rozsypywały się.

Dla KOP-owców marsz na Zachód w zwartym oddziale był jedyną szansą na
przeżycie i niewpadnięcie w łapy zrewoltowanych band, które zaczęły się
tworzyć na wschodnich obszarach w połowie września. Mamy informacje,
dokumenty i relacje o rozstrzeliwaniu polskich żołnierzy i oficerów,
napadach na polskie majątki. Dowódca Zgrupowania "Kobryń" płk Adam Epler
informował, że "w rejonie Kowel, Ratno, Kamień Koszyrski zdarzają się
wypadki rozbrajania pojedynczych żołnierzy i napadów na drobne oddziały i
ewakuującą się polską ludność cywilną przez liczne uzbrojone bandy
chłopskie".

Część oddziałów szukała schronienia za granicą.

- Mój ojciec i jego batalion, w którym również służyli Niemcy, po
kilkugodzinnej beznadziejnej obronie strażnic atakowanych przez przeważające
siły czerwonoarmistów zaczął się cofać w kierunku Wilna, ale drogę
zagradzała już Armia Czerwona, a na zachodzie był Wehrmacht, więc
zdecydowali się pójść na Litwę. Po walkach z oddziałami sowieckimi na Litwę
dotarły tylko resztki batalionu KOP-u "Krasne". Oddziały KOP-u przeszły
także do Rumunii i na Łotwę, gdzie żołnierze zostali internowani. Później
jeździły tam niemieckie komisje wojskowe. Kilka lat temu dostałem od kolegów
z Litwy sporządzony przez taką komisję wykaz internowanych żołnierzy
pochodzących z Pomorza. Na liście jest rubryka "narodowość". Co ciekawe,
żołnierze zostali podzieleni na "P", czyli Polaków, "D" - Deutsch i "K",
czyli Kaschuben. Już jesienią 1939 roku Niemcy zaczęli bowiem wydzielać
Kaszubów jako osobną grupę narodową. Szermowali argumentem, że do lutego
1920 roku byli oni obywatelami państwa pruskiego.

Było też zgrupowanie KOP-u generała Wilhelma Orlika-Rückemanna, które
chciało się połączyć z Samodzielną Grupą Operacyjną Polesie gen. Kleeberga i
maszerowało z Polesia aż na Lubelszczyznę. Po drodze, 29 i 30 września pod
Szackiem, ok. 4 tys. żołnierzy KOP stoczyło bitwę z 52. Dywizją Strzelecką
Armii Czerwonej.

Jak zachowali się KOP-owcy, kiedy ich oddziały weszły do centralnej Polski i
zetknęły się z Wehrmachtem?

- Mogę tylko domniemywać, że Niemcy, którzy byli żołnierzami Wojska
Polskiego, byli zdezorientowani politycznie. Nie wiedzieli, po co wkracza
Armia Czerwona i jaki będzie ich los, bo przecież tak samo jak Polacy bali
się bolszewików. Dla nich marsz na zachód, w stronę zbliżającego się
Wehrmachtu, był jedynym rozwiązaniem. Kiedy wynik wojny był przesądzony,
walka nie miała dla nich sensu, więc po przekroczeniu Bugu całymi grupami
przechodzili na niemiecką stronę.

Goebbelsowska propaganda wydawała albumy z pierwszych dni kampanii. Na
zdjęciach widać kilku-kilkunastoosobowe grupy żołnierzy w mundurach Wojska
Polskiego maszerujących z hitlerowską flagą, podpisane, że to Niemcy, którzy
rzucili broń i dołączają do swoich.

Tylko że wtedy to były pojedyncze przypadki. Pod koniec września i w
październiku było to zjawisko masowe.

Co się działo z Niemcami służącymi w naszej armii po zakończeniu kampanii
polskiej?

- Internowani w Rumunii i na Litwie i ci, którzy dostali się do niewoli
sowieckiej, jeśli składali deklarację, że są Niemcami, po jakimś czasie
wracali do domów. Ci, którzy trafiali w ręce niemieckie, byli natychmiast
zwalniani, oczywiście po wcześniejszym sprawdzeniu danych personalnych.
Jeżeli wszystko było w porządku, to po jakimś czasie taki Müller czy Kraus
trafiał do Wehrmachtu.

* Prof. dr hab. Waldemar Rezmer - kierownik Zakładu Historii Wojskowej w
Instytucie Historii i Archiwistyki Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w
Toruniu, autor przeszło 200 prac dotyczących historii Wojska Polskiego, sił
zbrojnych krajów ościennych i historii konfliktów zbrojnych. Doctor honoris
causa Uniwersytetu Witolda Wielkiego w Kownie

Źródło: Duży Format
 
 Zobacz profil autora Wyślij prywatną wiadomość Wyślij email  
Odpowiedz z cytatem Powrót do góry
Wyświetl posty z ostatnich:     
Skocz do:  
Wszystkie czasy w strefie GMT - 12 Godzin
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu
Zobacz poprzedni temat Wersja gotowa do druku Zaloguj się, by sprawdzić wiadomości Zobacz następny temat
Powered by PNphpBB2 © 2003-2007 The PNphpBB Group
Credits